Cóż za paskudna pogoda. Wiem, wiem ostatnio tylko narzekam cały czas, ale po ostatnich dwóch dniach mam dosyć deszczu. Zechciało mi się jeździć rowerem do pracy i mam za swoje. W środę od pasa w dół cała mokra, ponieważ nie dało się jednocześnie jechać i trzymać parasola, bo wiało jak w kieleckim. A wczoraj to już totalnie przemoczona wróciłam. Dawno już tak nie miałam. A swoją drogą nie pamiętam czy kiedykolwiek miałam okazję uczestniczyć w burzy i to jeszcze w listopadzie. :)
Ale już dosyć marudzenia. Pragnę Wam dzisiaj zaprezentować już przedostatnią babeczkę z SAL-u zorganizowanego przez Sylwię. Jest to jedyna babeczka, którą średnio przyjemnie mi się wyszywało. Po pierwsze, że nie przepadam za Halloween. A po drugie- kolorystyka jakoś do mnie nie przemawiała, a jestem za bardzo leniwa i nie chciało mi się dobierać po swojemu. A po trzecie- ach ten odrażający pająk.
Oto wymięta strasznie moja 11 babeczka. Przepraszam za jakość zdjęć, ale te robione nocą jakoś wyglądają lepiej.
Na koniec pochwalę się małymi zakupami, które poczyniłam w stacjonarnej pasmanterii. Poszłam tylko po koronki, a wyszłam jeszcze z filcem (do ratowania bałwaniastego :)) i dwiema świątecznymi tasiemkami. :) I w końcu dorobiłam się metra krawieckiego, abyśmy m.in . mogli z mężem kontrolować czy za mocno się nie "poprawiamy" w pasie. :)))
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dziękuję za wszystkie przemiłe komentarze.
Pa pa pa. :))